wtorek, 13 września 2016

Księga I - Rozdział 2 „Nie wiesz co teraz, czuje”

Clarissa

Otworzyłam drzwi i rozejrzałam się pośpiesznie, bojąc się wejść do środka. Panowała kompletna cisza, która jeszcze bardziej mnie zaniepokoiła. Mama, nawet gdy zmieniała kanały pilotem, robiła hałas. Przekroczyłam próg i zalała mnie kolejna fala niepokoju i strachu. Mieszanka, która nie pozwoliła ruszyć się dalej.
Przedpokój, jak i salon były kompletnie zdemolowane. Szuflady powysuwane, książki zrzucone z półek, rozbita ława, podziurawione poduszki na sofie.

- Mamo! Gdzie jesteś?!

Nic.
Cisza.

Zajrzałam do kuchni, gdzie również rzucały się w oczy porozbijane naczynia. Ruszyłam schodami ku górze. Stojąc przed drzwiami do sypialni mamy zastanawiałam się, czy tam jest.
Nic na to nie wskazywało. Moje obawy się potwierdziły.

Pusto.
Westchnęłam.

Ogarniająca mnie wściekłość zalała cały mój organizm. Nie wiedziałam co robić. Gdzie szukać. Kogo pytać. Zeszłam schodami na dół po szklankę wody, przy okazji zdążyłam sprawdzić również mój pokój i łazienkę. Potrzebowałam chwili, żeby zrozumieć, że w domu nikogo nie ma.

Drżącymi dłońmi nalałam sobie wody i oparłam się o blat.
Westchnęłam.

Gdzie jesteś mamo?

Nie mogłam płakać. Musiałam wytrzymać i nie pokazać słabości. Nawet jeśli byłam sama.
Płacz byłby równy pogodzeniu się z myślą, że mamie coś się stało.

„Nie mogłam płakać”

Nagle zapragnęłam porozmawiać z tatą. Mimo że nie znałam go na tyle dobrze. Wydawał się taki idealny tylko opowieść mamy, psuła mi cały jego obraz.

„Znajdę cię, gdziekolwiek będziesz. Nie potrzebujesz mojego adresu”

Chciał odzyskać mamę, dlatego nas odszukał. O moim istnieniu nie miał pojęcia. Żył ze świadomością, że miał tylko syna- Jonathana.

Nagle słowa mamy powróciły z zawrotną szybkością.

„Masz w sobie krew anioła. Twoim stwórcą jest sam Anioł Razjel, a ty jesteś Nocnym Łowcom”

Westchnęłam nie mogąc pozbierać myśli, które z każdą sekundą stawały się coraz bardziej uciążliwe.
Tak nagle całe moje życie stanęło do góry nogami, a ja za nic nie mogłam przyjąć do wiadomości kim, jestem i czy to wszystko to nie jakiś pieprzony sen, z którego nie mogłam się obudzić. Nie ważne jak bardzo bym chciała.

Oby tak było.

- Nie myśl tyle, bo ci głowa eksploduje - przerażona podskoczyłam, opuszczając szklankę, która spadła z hukiem na podłogę.

Spojrzałam w kierunku sofy stojącej w salonie.
Jakiś koleś siedział sobie beztrosko i liczył pierze, które wydostały się z poduszki z chwilą, gdy ktoś postanowił je poprzecinać.

Kto to?

- Ty to? - może to było z mojej strony nieuprzejme, ale w końcu to moja specjalność, albo po prostu nie mogłam zareagować inaczej.

Bo rzadko zdarza się, że w twoim domu przewróconym do góry nogami, siedzi sobie jakiś nieznany ci koleś i rzuca aroganckie uwagi.

No proszę.

- Alexander Lightwood, ale nie mów mi Alec.

To żart?                                                
„Nie mów mi Alec”

- Ty za to, jak najszybciej opuść mój dom, bo inaczej zadzwonię na policje, Alexandrze - oznajmiłam, najpoważniej jak potrafiłam, naciskając na jego imię.

- Radze ci tego nie robić. Co oni pomyślą. Ty niepełnoletnia nie wiesz, gdzie jest Jocelyn, a mieszkanie wygląda jakby przeszło przez nie tornado.

Miał racje.
Zaraz!                                                                                                                                       
- Skąd wiesz jak na imię ma moja matka?

- Powiedzmy, że jesteśmy ze sobą związani. Jestem Nocnym Łowcom.

Znieruchomiałam.

- Zbieraj się ruda, pójdziesz ze mną - puścił mi oczko, a mnie na słowo „ruda” zalała fala wściekłości.

Dupek.

- Nie ma mowy! Nie znam cię, jedynym potwierdzeniem tego, że możesz kojarzyć moją matkę, jest to, że powiedziałeś, że jesteś Nocnym Łowcom, ona też coś wspominała. Jest jednak problem. Nie wierzę w to! Spadaj.

- Skoro nie chcesz. Okej. Gorzej jak przyśle tutaj Jace'a. On już nie będzie taki potulny jak ja - zabawny człowiek.

Potulny?

- Pójdę, jeśli obiecasz, że wszystko wytłumaczysz - podniósł jedną brew.

- Dobra, dobra. Niech będzie - nie byłam przekonana co do słów Alexandra.

- Nie pomijając niczego? - wyciągnęłam rękę.

- Nie pomijając niczego - ujął moją dłoń.

Była chłodna. Lodowata niczym lód.
Wzdrygnęłam się.


Simon

Pośpiesznie szedłem w stronę domu Clary. Martwiłem się niewyobrażalnie mocno. Tak nagle wybiegła, bez słowa wyjaśnienia.

Będąc na miejscu, przypomniałem sobie słowa jej mamy.

„Możesz go użyć tylko w wyjątkowych sytuacjach”

Teraz taka była.
Zaryzykuje.

Przykucnąłem, aby spod wycieraczki wyjąć kluczyk, służący do otworzenia drzwi wejściowych. Włożyłem go i przekręciłem, ale drzwi okazały się otwarte. Ciarki przeszły mnie po plecach, wywołując chwilowe osłupienie. Clary i jej mama nigdy nie zostawiały drzwi otwartych. Szczególnie Jocelyn. Zawsze była na tym punkcie przewrażliwiona.

Nie zastanawiając się długo, wszedłem do środka. To, co tam zastałem, przyprawiło mnie o zawroty głowy, który okazały się zbyt silne i musiałem szybko usiąść, aby nie zemdleć.

- Clary! -

Nic.
Gdzie ona jest?


Clarissa

Stanęliśmy przed zapierającym dech w piersi budynkiem.

- To kolejny dowód, że nie jesteś Przyziemną - spojrzałam na niego. - Przyziemny nigdy nie zobaczyłby takiego budynku, jakim ty go teraz widzisz. W ich oczach to tylko podupadła katedra.

- Owszem nie da się go opisać słowami - kąciki jego ust uniosły się momentalnie. Śmiem twierdzić, że przez przypadek. - Mieszkasz tu?

- Instytut to coś w rodzaju bazy dla Nocnych Łowców - bawi się w przewodnika?

Nudne.

- Ah tak mieszkam tu - dokończył jakby dopiero co przypomniał sobie to o co go zapytałam.

To wydawało się jak sen, a zarazem koszmar, z którego bardzo chciałam się wybudzić, ale wtedy jakaś część mnie dawała o sobie znać, mówiąc, że chce wiedzieć więcej. To takie frustrujące. Dopiero w takim wieku musiałam dowiadywać się kim jestem i skąd się wywodzę.

Wydawało mi się, że ta prawda zaboli mnie jeszcze bardziej niż wszystkie przykre rzeczy z dzieciństwa połączone w całość.

Bałam się.

- Wejdziesz czy będziesz błądziła tak myślami zastanawiając się, dlaczego akurat ty - westchnął zirytowany.

Zamknij się, proszę.
Nie wiesz co teraz, czuje.

Ominęłam Alexandra i przekroczyłam próg. Wewnątrz okazało się jeszcze lepiej niż, mogłam się spodziewać. To wszystko wydawało się czymś niepowtarzalnym. Tylko brakowało mamy.

Czemu ona nie mogła mi tego pokazać?
Czemu ukrywała to, kim naprawdę jestem?

- Hodge, Maryse i Robert chcą z tobą porozmawiać - spojrzałam na niego.

Hodge?
Maryse?
Robert?

Chłopak jakby czytał mi w myślach.

- Maryse i Robert to moi rodzice, a Hodge no cóż jego historia jest bardziej skomplikowana, ale to taki nasz opiekun. Chodź - wyjaśnił, po czym machnął ręką, abym szła za nim.

Nie zadając zbędnych pytań, zrobiłam tak jak chciał. Szłam tuż za Alexandrem, podziwiając Instytut. Nie dość, że był ogromny to jego wystrój, powalał na kolana.

- Jesteśmy! - wykrzyczał szczęśliwy, wskazując na wysokie, a zarazem szerokie drzwi, po czym zniknął za innymi.

Nieprzewidywalny koleś.

Odebrałam to jako znak, że mam wejść. Jak przystało i grzeczność tego wymagała, zapukałam. Po chwili drzwi z niezbyt głośnym hukiem otworzyły się, a w ich progu stanął mężczyzna. Nie za stary, nie za młody. Jego twarz aż promieniała, odkąd mnie zobaczył. A ja poczułam gorąco na policzkach. Mogłam sobie wyobrażać jak teraz, wyglądam. Przypuszczam, że moja twarz ma przybliżony kolor do moich włosów.

Nienawidzę ich!

- Jesteś taka podobna do Jocelyn, Clarisso - zauważył, ale na mnie nie zrobiło to jakiegoś większego wrażenia.

Słyszałam to już tyle razy, że ten tekst zapadł mi głęboko w pamięć.

Moja mama owszem jest piękna, a co do siebie trudno mi to określić. Wiem tylko, że kolor moich włosów i lekkie piegi często wyróżniały mnie z tłumu.

- Mogę ci mówić Clary? - moje kąciki ust, które uniosły się lekko ku górze, odebrał, jako odpowiedź. Machnął lekko ręką.

Zupełnie jak Alexander.
Ich opiekun, lubi uczyć ich niekulturalnych zachowań.

Przekroczyłam próg i oniemiałam. Była to biblioteka. Wiele różnych okazałych książek. Jakoś nigdy nie za bardzo przepadałam za czytaniem. Odpływałam już po pierwszej stronie. Nie mogłam skupić myśli wokół niej, kiedy coś poważniejszego siedziało mi w głowie. Jednak tutaj było jakoś inaczej. Kominek płonął, ciemnym odcieniem pomarańczy, który mógł się kojarzyć z barwą liści w jesień. Wywołało to uczucie ciepła, które momentalnie owładnęło moje ciało i nie z powodu płonącego ognia. Poczułam się inaczej. Odprężona nie licząc się z obecnością pozostałych, rzuciłam się na malutką sofę stojącą przy oknie. Nagle zapragnęłam zasnąć. Nie okrywając się żadnym materiałem. Ten dzień przyniósł mi tyle emocji, że nie potrafiłabym logicznie zanalizować tego wszystkiego.

- Clary oczywiście po rozmowie, Maryse odprowadzi cię do pokoju w Instytucie - wskazał na brunetkę stojącą obok.

Pokoju?
W Instytucie?
Mam swój dom.
I swój pokój.

- Przepraszam ja się na to nie godziłam. Przyszłam tutaj w celu poznania prawdy o sobie! Powiecie o co w tym wszystkim chodzi i zmywam się stąd.

- Clarisso zrozum, jesteś w niebezpieczeństwie nie możesz wrócić do domu. Nie teraz - odezwał się mężczyzna stojący obok Maryse.

- Gdzie jest moja mama? - zapytałam, hamując łzy.

- Prawdopodobnie ludzie Valentine'a ją zabrali.

Ludzie Valentine'a?
Niemożliwe.

- Przypuszczam, że jeszcze na jego rozkaz, skoro są jego ludźmi? Nie bądźcie śmieszni. Nie wiem za dużo o waszym pieprzonym świecie, ale jestem pewna jednego. Mój tata chciał tylko nas odzyskać. O moim istnieniu nie wiedział, a mamę nadal kocha i to na pewno nie jego robota. Odnajdę ją sama, a potem będziemy szczęśliwą rodziną. Bez was. Bez tego świata. Nocnych Łowców! - gwałtownie wstałam i niemal krzyczałam z wściekłości.

- Nie wiem, jakim cudem wiesz, że twoim ojcem jest Valentine, ale musisz wiedzieć jedno. On udaje. Przez całe swoje życie nauczył się przybierać różne maski, które ukrywały jego prawdziwą twarz. Valentine, którego poznałaś nie był sobą, kiedy mówił, że chcę was odzyskać. On tylko udawał, Clarisso. Jedną rzeczą, którą pragnie ponad wszystko, jest władza, nie rodzina. Chociaż Jocelyn kochał i kto wie może nadal, kocha. Nie możemy wniknąć w jego wnętrze - Hodge podszedł do mnie, łapiąc za dłoń i leciutko ją głaszcząc. Nie pomogło.

Nienienie.
To nie jest prawda, którą poznałam.

- W takim razie niech pan mi powie, po co mu moja matka? -

- Ona ma Kielich Anioła, a Valentine prawdopodobnie chcę się nim posłużyć. Dlatego to wszystko -

Kielich Anioła?

Nagle poczułam jak moje kolana, uginają się pod ciężarem tego wszystkiego. Zakręciło mi się w głowie, a potem pamiętałam już tylko ogarniającą mnie ciemność i pisk Maryse.



 Witam was serdecznie! Czekam na obiektywne opinie i z góry przepraszam jeśli pojawiły się jakieś literówki, ale nie byłam w stanie dokładnie sprawdzić rozdziału.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz